poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział pierwszy.

Życie zaczęło się dla mnie wraz z piątymi urodzinami. Obudziłem się wtedy na skórzanym fotelu w salonie. Ujrzałem rutynowy obraz – ojciec oglądał właśnie telewizję, a matka gotowała obiad. Mówię rutynowy, a właściwie to nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Nie pamiętam kompletnie nic sprzed tamtej chwili. Przeglądając rodzinne zdjęcia ani razu nie trafiło mnie jakiekolwiek wspomnienie, czy chociażby przebłysk. Czuję, jakby widniał na nich ktoś inny, kompletnie różny od Artura Makowskiego. Osoba, która przywdziała moją twarz sprzed kilku lat. Skórę kilkuletniego chłopca. Dlatego są to dla mnie jedynie nic nieznaczące kolorowe odbitki. Ludzie mówią, że niektóre wydarzenia pragnie się pozostawić w pamięci, a inne po prostu usunąć, zatrzeć po nich ślady. Nie mamy jednak wpływu na to, co zgotuje nam los. Nieważne są nasze starania, bo nie cofniemy czasu ani nie zmienimy rzeczywistości. Czasami pozostaje nam tylko zaakceptować nasze przeznaczenie. Nasze cholerne przeznaczenie.

***

10 listopada

Zerwałem się na równe nogi, gdy tylko usłyszałem dźwięk budzika. Dzisiaj poniedziałek, dzień wolny od zajęć dydaktyczno-wychowawczych, czyli, krótko mówiąc, lekcji. Chociaż raz nie muszę kisić się w tej placówce zagłady zwanej liceum ogólnokształcącym. Nie mam pojęcia, co podkusiło mnie do takiego wyboru. Sam dojazd zajmuje mi godzinę, a gdy natrafimy na korki, czas wydłuża się o kolejne trzydzieści minut. W dodatku nie poznałem tam jeszcze nikogo poza klasą i kończę minimum o szesnastej mając lekcje na ósmą. Istny koszmar dla rozleniwionego nastolatka. Zbiegłem po schodach i wpadłem do łazienki, ledwo zatrzymując się przed umywalką. Szybko opłukałem twarz i umyłem zęby, po czym popędziłem do kuchni, by zrobić sobie śniadanie. Tosty, jajko sadzone i szklanka soku pomarańczowego to mój sposób na dobry początek dnia. Ukradkiem spojrzałem do salonu i odszukałem wzrokiem rodziców. Tata właśnie czytał najnowszy numer „Polityki”, a mama popijała kawę oglądając wyczyny uczestników jakiegoś reality show. Po posiłku umyłem naczynia, by rodzicielka kolejny raz nie zaczęła się wydzierać, że tylko ona sprząta w domu i wróciłem do swojego pokoju. Nie miałem nic zaplanowanego, więc postanowiłem się zrelaksować przy swoich ulubionych kawałkach. Najczęściej piosenki artysty zwanego "Tycho" potrafią mnie odprężyć i zabrać w świat sennych marzeń. Kojarzą mi się również z kinem artystycznym, które wprost uwielbiam. Piękne scenografie, neonowe barwy, minimum dialogów – istna uczta dla duszy, chociaż nie każdemu przypadnie to do gustu. Oczywiście nie ograniczam się tylko do tego, film po prostu musi być dobrze zrealizowany. To moje minimum. Już po chwili słuchania utworu "Coastal Brake" zacząłem rozważać nad własnymi pragnieniami i sposobie ich spełnienia. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziło mnie wołanie matki. Nie brzmiało tak jak zawsze, w jej głosie można było wyczuć przerażenie. Zleciałem po schodach prawie się potykając i w mgnieniu oka znalazłem się w salonie.
- Co się stało?! - uniosłem głos.
Jej usta drżały, nie mogła nic z siebie wydusić. Ojciec starał się nie okazywać emocji.
- Spójrz – wskazał palcem na telewizor.
Posłusznie odwróciłem głowę w kierunku pudła wydającego dźwięki.
- Jak to jest w ogóle... możliwe? - nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Nie spodziewałem się, że to stanie się tak szybko. Że coś takiego naprawdę jest możliwe.
W tamtej chwili nasz świat zmienił się nieodwracalnie. Nasza szara rzeczywistość nigdy już nie wróci. Chociaż znajdą się tacy, którzy będą twierdzić inaczej.


c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz